Niniejsza witryna internetowa korzysta z Google Analytics, usługi analizy oglądalności stron internetowych...
kolejny przystanek...UAE
RSS
środa, 09 lutego 2011

Nasza przygoda w Middle East sie skonczyla. Ale nasza przygoda w Azji wciaz trwa. Zapraszam na Daleki Wschod: www.nihao.blox.pl .

05:58, amarantowomi
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 grudnia 2010

W ostatniej rozmowie, kilka tygodni temu, Ania i Robert zapytali mnie, czy jezdze na nartach. Odpowiedzialam, ze owszem "zjezdzam" na nartach (do "jezdzenia" duzo mi jeszcze brakuje ;-) i ze sprawia mi to duuuza przyjemnosc. Krotka ta rozmowa sklonila mnie do rozwazenia opcji na "zjezdzanie" w tym roku, a takze do wpsomnienia o naszej zeszlorocznej wyprawie narciarskiej do Dizin.

Iran oczarowal mnie i rozczarowal. Narty i przebywanie w gorach oczarowaly mnie, natomiast Teheran rozczarowal - choc musze przyznac, ze spedzilismy w tym miescie tylko jeden dzien (musze tez dodac, ze od wyjazdu do Maroka, planujemy wyjazdy do krajow rozwijajacych sie tak, by w duzych miastach lub miastach w ogole nie spedzac wiecej niz jeden dzien :-)

 

Juz od momentu opuszczenia lotniska widzielismy mnostwo ludzi, ktorzy, czy to przy autostradzie, czy tez przy polnych druzkach zatrzymywali sie z wlasnej woli, badz tez z powodu zepsutego samochodu (trudno mi osadzic, co bylo czestsza przyczyna), aby napic sie cherbaty, cos upichcic lub ... po prostu z kims porozmawiac. Na ponizszym zdjeciu, choc niezbyt dobrze, widac porozbijane namioty i grupki iranczykow, ktorzy na swiezym powietrzu spedzaja poczatek weekendu.

Dojezdzamy do Dizin. Wreszcie zaczynam wierzyc, ze sniegu jest wystarczajaco duzo, zeby jedzic na nartach (w Teheranie sniegu nie bylo w ogole, co niestety oznaczalo dla pobliskiej ludnosci susze).

A oto i punkt docelowy. Hotel na wysokosci 2500m.n.p.m. (a zjezdzac mozna prawie z 3600m.n.p.m).

 

 W Iranie jest totalny zakaz spozywania alkoholu - nawet w hotelach i w domu. I nigdzie na swiecie nie widzialam takiego asortymentu piw bezalkoholowych. Dlatego zaskoczyla mnie scenka, ktora przydazyla nam sie pierwszego dnia, gdy wsiedlismy do gondoli, takiej, jak na zdjeciu ponizej. Mlody Iranczyk, ktory z nami jechal, wyciagnal z za pazuchy zmieta, pollitrowa butelke wody mineralnej i zapytal sie mnie, czy chcialabym sprobowac iranskiej wodki. Rozesmialam sie slyszac taka propozycje, uznajac ja za dobry zart. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, gdy odkrecil korek butelki, poczulam zapach bimbru. Zapytalam sie go, czy nie boi sie pic (i nota bene prowadzic samochod) zwazywszy, ze zyje w Iranie. "Oczywiscie, ze nie. Alkohol jest w tym kraju zabroniony, wiec wladzom nie przyjdzie do glowy, ze ktos by mogl go pic (i prowadzic). Wiec po co ktos mialby mnie zatrzymywac i to sprawdzac" - taka odpowiedz uslyszalam.

Kolejna, nieco mniej smieszna sytuacja przydazyla nam sie godzine pozniej, gdy tenze sam chlopak przedstawil nam swoja zone. W pewnej chwili padlo pytanie o moj wiek. Poprosilam ich, zeby zgadli ile mam lat. I ku mojemu przerazeniu dodali mi jeden rok. (Przerazenie wynikalo z tego, ze rok wczeniej, w Anglii, za kazdym razem, gdy kupowalam alkohol w Tesco, proszona bylam o dowod... a swoja droga moze to byl chwyt marketingowy i  moze dlatego tak czesto kupowalam wino w Tesco). W odpowiedzi, zona naszego interlokutora poprosila, abym zgadla ile ona ma lat. I tu przysiegam, zrobilam to bez zlych intencji i bez zlosliwosci, dodalam jej cztery lata! Moja rozczarowana mina byla niczym w porownaniu z jej. Na swoje usprawiedliwienie moge powiedziec, ze wiekszosc iranskich dziewczyn, ktore spotkalam na stoku, bardzo skutecznie maskowaly swoja urode i wiek. Po pierwsze, wiekszosc z nich miala rozjasnione wlosy, co przy ich naturalnie pieknych, ciemnych i grubych wlosach, dawalo strasznie ... brzydki efekt. Po drugie, wiekszosc z nich miala tak mocny makijaz, ze moj makijaz studniowkowy (a byl to czas mody na ciemna konturowke i jasna szminke ;-) wygladalby nieomalze naturalnie przy wiekszosci makijazy zaprezentowanych w Dizin. Nota bene, rozmawialam na temat tejze charakteryzacji z jedna z naszych iranskich studentek w Abu Dhabi, ktora stwierdzila, ze dopoki zyla w Iranie, to taki kanon "urody" tez wydawal jej sie piekny i dopiero z "dalszej" perspektywy wydal jej sie, hm?, jaskrawy.

  Musze tez dodac, ze nasz interlokutor okazal sie zadziwiajaco uprzejmy i pomocny. Zabralismy sie z nim do Teheranu (Dizin okazalo sie drozsze, niz sie spodziewalismy, a recepcjonista zaproponowal nam 1/3 oficjalnego kursu wymiany wlauty). Zawiozl nas na lokalna "Kantorstrasse" (co w osmiomilionowym, zakorkowanym i zasmogowanym Teheranie oznaczalo kilka godzin jego wolnego czasu), wynegocjowal nam dobry kurs (a biorac pod uwage, ze nie znamy Farsi, mielibysmy ogromne problemy z ustaleniem jakiegokolwiek kursu) i wynegocjowal nam, za rewelacyjna cene taksowke z Teheranu do Dizin. I jeszcze sprawdzil, czy dotarlismy do hotelu i z powrotem do Dubaju...

Ps. wiekszosc zdjec (jak widac:-) pochodzi z mojego telefonu - szkoda mi bylo czasu na wjezdzanie na gore "tylko po to by robic zdjecia", a jezdzenie z lustrzanka, w przypadku moich umiejetnosci, i w przypadku stylu jazdy ("na kreche", tudziez "byle szybciej na dol") Marcina, jest zbyt ryzykowne.

Bez watpliwosci na stoku mozna spotkac, srednia lub tez wyzsza srednia klase iranskiego spoleczenstwa. Widac to po ubiorze, po samochodach zaparkowanych nieopodal, po tym, ze mozna sie z niektorymi ludzmi porozumiec po angielsku.

Na stoku mozna tez spotkac... pracownikow ambasady polskiej w Teheranie. Przed wyjazdem zastanawialismy sie, czy powiadomic nasza ambasade w Teheranie, ze przyjezdzamy (tak dla naszego spokoju). Ostatecznie sobie odpuscilismy, choc i tak kontaktowalismy sie z nimi kilkakrotnie w sprawie wiz. I nic strasznego sie nie stalo, jako ze polowe ambasady (polskiej, wloskiej itd.) spotkalismy w Dizin ("coz robic w weekend w Teheranie, jesli do Dizin sa dwie godziny drogi?")

Przebywanie na stoku ma tez ten plus, ze mozna sie w koncu pozbyc chustki. Oczywiscie nieoficjalnie. Teoretycznie tam rowniez kobiety (wszystkie, wlaczajac niemuzulmanki, obokrajowcow itd.) powinny zakrywac wlosy, ale praktycznie straznicy rewolucji, albo przymykaja oko na kobiety jezdzace na nartach, albo na nartach nie jezdza. I tak, poza stokiem i naszym pokojem hotelowym, od momentu, gdy kola naszego samolotu dotknely plyty lotniska w Teheranie, musialam nosic chustke na glowie (przy czym, jak zakladalm ja pierwszy raz, musialam wygladac dosc zabawnie, bo kobieta, ktora siedziala obok mnie w samolocie, zaczela na moj widok sie smiac i zapytala sie, czy pierwszy raz jestem w Iranie...). Jesli zas chodzi o kobiety w Iranie, to z tego, co zauwazylam, albo sa prawie zupelnie "zakryte", albo nosza chustke na zasadzie "sztuka jest sztuka" - maja chustke na glowie, ale spod niej widac cala glowe (zazwyczaj) rozjasnionych wlosow. Chyba trudno jest osiagnac jednomyslnosc w osiemdziesieciomilionowymkraju.

Niepotrzebnie sie tez obawialam, ze sniegu moze dla nas "nie starczyc". Trzeciego dnia opady byly tak obfite, ze zamknieto stok. Z nudow wybralismy sie do pobliskiej wioski (codziennie od 9 do 16 jezdzilam na nartach, ale po kolacji w Dizin nie ma co robic; przed rewolucja podobno w hotelu, w ktorym sie zatrzymalismy "byla najlepsza dyskoteka w kraju" dzis w tymze hotelu i w okolicy nie dzieje sie nic - na szczescie wzielam ze soba dwie ksiazki).

   

Nastepnego dnia otworzono stok. Snieg nie byl jeszcze dobrze ubity, a ja jestem poczatkujacym narciarzem, wiec bylo ciezko: jesli za bardzo odchylilam sie do przodu lub do tylu, to zapadalam sie i sie wywalalam. Uda bolaly mnie od zmeczenia, ale frajda byla zbyt duza by odpuscic. Do tego dochodzily dziwne warunki atmosferyczne, niebo, snieg i przepascie wokolo mialy taka sama sniezno-sina poswiate. Marcin wrocil do hotelu... bo dostal jakby choroby morskiej, jego blednik pogubil sie w tej jaskrawej bialo-sinej poswiacie. Ja chcialam zjechac jeszcze raz, bo mimo zmeczenia, nie chcialam stracic mozliwosci zjazdu ("a co jesli jutro znowu zamkna stok?"). Zjezdzalam powoli i z duzym wysilkiem (bo uda bolaly, bo nie bylo widac, gdzie niebo, gdzie snieg, gdzie przepasc). To moje zmeczenie i niezdecydowanie chyba byly bardzo widoczne. Choc trzeba dodac, ze nawet przy dobrych warunakch musze chyba przybierac dziwne pozycje, bo zauwazylam, ze czasami sie ludzie za mna ogladaja (bylabym wziela lekcje jazdy, gdyby nauczyciele mowili po angielsku -  ze slowackim nauczycielem dalam rade, ale mysle, ze z Farsi maialbym wiekszy problem). W kazdym razie, tak w polowie drogi, zauwazylam, ze jeden z narciarzy oddalony ode mnie jakies 150-200m (Iranczyk oczywiscie, gdyz poza weekendem, w Dizin ludzi spoza Iranu mozna spotkac niewielu), zwalnial zawsze na tyle, zebym go mogla widziec. Dopiero, gdy bylismy blisko konca trasy, zniknal. A ja, choc zmeczona, to jednak przede wszystkim uradowana "called it a day".

Teheran

Muzeum Narodowe (ech, jako ze do Teheranu trafilismy na poczatek weekendu, "muzeum bizuterii", w ktorym mialam najwieksze zainteresowanie, bylo zamkniete).

 

Czy uda mi sie w tym roku "zjezdzac" na nartach? Jesli tak, to na pewno opisze to tu.

11:27, amarantowomi
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 listopada 2010

Kilka dni po powrocie z RPA udalam sie w podroz "sluzbowa" do Madrytu. Wybralam sie tam z Georgeta (profesor, z ktora pracowalam przez ostatnie poltora roku) i Noor (jej studentka, dla ktorej z racji jej wyksztalcenia - licencjat z Architectural Engineering i potrzeb naszego badania - jakosciowe i ilosciowe badania spoleczne - stalam sie mentorem; przy czym musze dodac, ze wiele sie od Noor nauczylam a temat kultury arabskiej, a przy okazji mialam jedna bratnia dusze wiecej kolo mnie a takze dobrego wspolpracownika ;-).

Udalysmy sie do Madrytu na konferencje VIII Triple Helix w celu zaprezentowania dwoch referatow. Georgeta wyglosila referat "An Empirical Examination of the Development of a Solar Innovation System in the UAE" - podsumowujacy wyniki badan, z ktorych jednym z efektow bylo zainicjowanie przez Georgete i przeze mnie stworzenia organizacji skupiajacej firmy z branzy energii slonecznej - jesienia 2009 zorganizowalysmy, a kierownik jednej z duzych miedzynarodowych firm zasponsorowal, spotkanie i warsztaty dla ok. 40 firm z tejze branzy (bylam facilitatorem czesci warsztatowej :-), co by sprawdzic, czy taka inicjatywa na pewno jest potrzebna. Nastepnie zorganizowalysmy trzy pierwsze spotkania Steering Committee majacego na celu rozwiniecie tejze inicjatywy. Inicjatywa ta, choc dala nam bardzo duzo satysfakcji, kosztowala nas bardzo duzo nerwow. Prowadzenie spotkan, w ktorych uczestniczy kilkunastu menadzerow mezczyzn, i bycie jedna z dwoch kobiet na tych spotkaniach (druga byla Georgeta) w kraju arabskim (choc zapewne w europejskim moglo by byc podobnie) nie jest rzecza prosta i bywa frustrujace. Zwlaszcza jesli jest sie mlodszym niz reszta uczestnikow, a spotkaniom tym sie przewodzi, i zwlaszcza, jesli nie jest sie dyrektorem organizacji, ktora sie reprezentuja. Mozna by zadac pytanie, czemu lider organizacji, ktora reprezentowalysmy nie byl obecny na tychze spotkaniach? Ale jest to temat na dluzsza dyskusje. Te kilka miesiecy, ktore spedzilysmy nad tym projektem, byly jednak swiatna okazja do obserwowania dynamiki polityki wewnatrz- i miedzyfirmowej, ktora czesto oduczuwalysmy na swojej skorze, ale ponadto byly dla mnie szansa na nabranie pewnosci siebie w komunikacji z ludzmi, ktorzy zajmuja wysokie stanowiska lub, ktorym wydaje sie, ze takowe zajmuja. Dzis ta inicjatywa jest w rekach "przemyslu", i zakladam, ze zostanie oficjalnie "otwarta" na najblizszym World Future Energy Summit w Abu Dhabi.

Wracajac jednak do konferencji. Georgeta przedstawila podsumowanie pierwszego badania, przy ktorym z nia wspolpracowalam, ja naomiast przygotowalam i przedstawilam prezentacje "Towards a Knowledge Society: Expanding the Role of Women in Science, Technology and  Engineering in the United Arab Emirates", podsumowujaca wybrane wyniki z naszego ostatniego badania nt. angazowania dziewczat w UAE w nauke i prace w dziedzinach science, technology & engineering.

Jako, ze bylam dosc rozczarowana sama konferencja, jej kosztem, a przy tym masowym, wrecz "przemyslowym" charakterem (nie pamietam dokladnej liczby, ale w ciagu trzech dni, w kilku rownoleglych sesjach, zaprezentowanych bylo ok. 150 referatow / prezentacji), skupie sie na czesci rekreacyjnej wyjazdu, czyli na poznawaniu Madrytu.

Miasto

 

Sztuka konsumpcyjna

 

Sztuka wysoka.

Hieronim Bosch. Ogrod ziemskich rozkoszy, ok. 1500, Museo del Prado.

Pablo Picasso. Guernica, 1937, Museo Reina Sofia.

Sztuka wstania przed zachodem slonca i nagroda za wczesna pobudke- w drodze do Warszawy.

  

  

 

08:01, amarantowomi
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 29 listopada 2010

8-14.1o Clanwilliam – wspinamy sie, podziwiamy przyrode, degustujemy wino. Moja definicja wypoczynku ;-)

W drodze do ...

To jeszcze Cape Town...

 

Niektorzy brali naszego busa za taksowke.

A inni podrozowali z papuga.

 

Jestesmy na miejscu.

 

Niebo

  

 

 

                                       

by Gordon

Ksztalty i kolory

 

 

      

 

 Ja

  

 

  

                   

 

 

 

  by Gordon/Lisa

Lisa

Marcin

  

 

Chlopcy cwicza "na sucho" ;-) .

  

 

Gordon

 

 

  

Hamed

 

 Lokalne potwory

Lokalne potwory - inna bajka

Aliens' wings - czyli skrzydelka kosmitow. Nie jest to zapewne wlasciwa nazwa tegoz warzywa, jest to raczej nazwa stworzona na potrzeby moich skojarzen.

W wolnych chwilach...

            ... chlopcy gotuja...

... albo poddaja sie zabiegom upiekszajacym (na zdjeciu widac grupowe kremowanie rak ;-)

I nasz rest day - jedziemy "zwiedzac" pobliska winnice.

 Wedle obliczen, na miejsce mielismy dojechac w dwadziescia minut. W praktyce zlapal nas deszcz i musielismy jechac przez gorzysty teren. W efekcie na miejsce dojechalismy po dwoch godzinach, po czym czekalismy kolejna godzine... az w winiarni skoczy sie przerwa obiadowa ;-)

 

 

15:52, amarantowomi
Link Komentarze (2) »

23.9 Dubaj

Jako, ze wyprowadzamy się z Dubaju, przed wyjazdem zamknelismy konto banowe i zniszczylismy karty kredytowea. Na lotnisku okazlo się, ze nie możemy się odprawic nie majac karty kredytowej, za pomoca ktorej kupilismy bilety. Na nic nie pomogly argumenty, ze na bilecie nie było informacji, ze karta kredytowa jest do odprawy niezbedna i ze w przszlosci, gdy latalismy z tymi liniami o pokazanie karty poszeni nie bylismy. Program do drukowania kart pokladowych okazal się nieublagamy. Pani wciskala enter, a program informowal ja, ze nie możemy wyleciec z Dubaju. Po pol godziny przyszedl inny pracownik, który potwierdzil, ze nie może wydrukowac dla nas kart. I wtedy Marcin popelnil kardynalny blad stwierdzajac, ze chcialby zlozyc skarge. Blad polegal na tym, ze stwierdzil, ze chce zlozyc skarge na pracownika, zamiast powiedziec, ze chce zlozyc skarge na procedure. Na to pracownik się obrazil, powiedzial, ze nie będzie nam wiecej probowal pomoc i wezwal dwoch przelozonych, dla których honor pracownika był również wazniejszy niż nasza sytuacja. Po godzinie sytuacje udalo się jedak zalagodzic i w koncu się odprawilismy – oczywiście „dalo się” tenieszczesne karty wydrukowac.

W samolocie zostalismy przywitani pytaniem, kto z nas jest w podrozy poslubnej. W trojke (ja, Marcin i Hamed) z zaskoczeniem popatrzlismy na siebie. Hamed wykazal się najwieksza bystroscia umyslu i stwerdzil, ze zapewne chodzi o mnie i Marcina. Wkrotce w trojke siedzielismy w wygodniejszym rzedzie i popijalismy szampana (znajoma, która pracuje jako stewardessa przygotwala dla nas te niespodzianke ;-)

24. 9 Johanesburg, Pretoria

Ladujemy w Johanseburgu, gdzie czekaja na nas Lisa i Gordon … i nasz „autobus”, za pomoca którego przejedziemy przez najblizsze trzy tygodnie prawie 3000 km.

Jedziemy na farme do rodzicow Gordona. Po drodze zajezdzamy po Williama -  mlodszego brata Gordona. Troche pomylilismy droge i wjezdzamy do miasta od „zlej strony” – tzn. od strony, gdzie gra w „spot the white” nie ma sensu, bo biali nie tylko nie poruszaja się tam pieszo, ale nawet nie poruszaja się w tej okolicy w samochodach. Widzialam, ze nasi „gospodarze” – Lisa i Gordon (Lisa pochodzi z Pretorii) byli poddenerwowani. Zablokowali drzwi od srodka i starali się jechac tak, by nie zatrzymywac się na czerwonym swietle. Na szczescie bez wiekszych przeszkod (poza totalnym brakiem orientacji w przestrzeni Williama) dojechalismy na farme.

24-28.9 Farma - Okolice Tzaneen

by Gordon/Lisa

by Gordon/Lisa

Jedziemy na ryby!

Big John szykuje dla nas "strzelby". Biorac pod uwage, ze ma ich 14 (a jego zona 5), jest w czym wybierac. Bron przydaje sie nie tylko w czasie polowac, ale takze, niekiedy, do samoobrony w domu.

Probuje lokalnych "smakolykow".

   

Jedziemy "na miasto".

Miasteczko jest male, ale mozliwosci lokalnych "lekarzy" nieograniczone.

 

The Three Must Have Beer robia "obchod" okolicy.

 28-30.9 Rozciagajacy sie na 360km z polnocy na poludnie i na 60km z zachodu na wschod, Kruger National Park

Nasz dream team: ja, Big John, William, mama Gordona, Lisa, Marcin, Gordon i Hamed.

Ten punkcik w oddali, to polujaca lwica,

... ktora nie poluje sama.                                                                           by Gordon/Lisa

by Gordon/Lisa

by Gordon/Lisa

   

by Gordon/Lisa

 

 30.9-4.10 Waterval Boven - okolice miasteczka przynajmniej pieciu swiatyn, pustych sklepow miesnych, pustych sklepow spozywczych i pelnych sklepow monopolowych. Ale przede wszystkim, rewelacyjne miejsce do wspinania.

Lisa i Hamed vel "Rambo"

Hamed i Gordon

Marcin

Ja :-)

  

Nie bylismy jedynymi wspinajacymi sie w okolicy.

Uciekamy przed dymem planacych okolicznych lak.

  

 

I odpoczywamy po ucieczce.

 

by Lisa

Ostatni dzien wspinania w Waterval Boven.

by Lisa

by Lisa

by Lisa

by Lisa

4.10 Decydujemy sie jechac do Chin - z "nowa firma". Po kilku stresujacych tygodniach i kilku rozmowach z "kierownictwem", Marcin skalda rezygnacje z pracy. Kilka dni pozniej "stara firma" proponuje mu, zeby jednak zostal. Takze oferuja prace w Chinach. Spore zamieszanie i duzo nerwow, zwlaszcza, ze w RPA mamy problemy z regularnym dostepem do internetu i telefonu. Ostatecznie decydujemy się jechac do Chin ze „stara fima”.

4/5.10 Beaufort West – przystanek po drodze do Kapsztadu. Jako, ze mamy do przebycia ok. 1600 km., postanowilsmy zatrzymac sie na nocleg.

Z naszego B&B obserwowalismy ptaki. Nie pamietam juz ich nazwy, ale historia jest taka, ze pan ptak wije gniazdo, do ktorego nastepnie zaprasza pania ptak. Pani ptak jest bardzo wybredna i zazwyczaj gdniazdo jej sie nie podoba. Aby jasno i czytelnie wyrazic swoja opinie, pani ptak niszczy gniazdo. Pan ptak powtornie bierze sie za wicie gniazda, i tak kolo trzeciego, czwartego podejscia, udaje mu sie przekonac pania ptak, ze w jego gniezdzie, da sie zyc ;-) A my sie rwiemy do rownouprawnienia i wspolnych kredytow ;-)

by Lisa

5-8.10 Cape Town

W drodze do Kapsztadu

Pierwsza winiarnia :-)

Kapsztad

A to ja i otaczajace nas potwory morskie

                                

15:51, amarantowomi
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 września 2010

Ostatnie pare dni minelo nam bardzo szybko.

Czwartek: Pozegnalismy sie ze znajomymi z pracy i ze sciany.

Piatek: parapetowka u znajomych - w wersji dubajskiej / tudziec otwarcie sciany u Gordona i Lisy.

Niektorzy przysposobiali sie do zycia w rodzinie, a niektorzy do zycia na scianie.

A na zdjeciu Helena, corka Roba i Marty, ktora pewnie juz wkrotce zamieszka w Polsce.

Tre, Rob, Gordon

 

Ale zdazylismy jeszcze “zwiedzic” Burj Khalifa – “check”.

 

Czerwona strzalka wskazuje blok, w ktorym mieszkalismy.

Sobota: wstalam o swicie i udalam sie do Abu Dhabi w celu przeprowadzenia warsztatow dla naszych studentow – MBTI Group Feedback Workshop – Type and Communication. Przyznam, bardzo sie denerwowalam. Zwlaszcze, ze noc wczesniej przysnilo mi sie, ze spadl snieg (w UAE nadal jest 40C) i wszyscy uczestnicy warsztatow stwierdzili, ze wola lepic balwany… I zwlaszcza, ze dzien wczesniej w koncu przeniesli studentow do nowego kampusu, a warsztaty przeprowadzic mialam w starym kampusie. Sporo stresu i wysilku kosztowala mnie organizacja tychze warsztatow, ale ostatecznie i ja, i studenci mieli duza satysfakcje.

Niedziela: Pakujemy sie. Pozbywamy sie 49 kartonow z meblami i innymi klamotami. Zostaje nam materac. Jak za studenckich czasow ;-)

Poniedzialek: Nadal nie wiemy, czy jedziemy do Chin, czy do Szkocji. Ale przynajmniej wiemy, ze nasze rzeczy jada do... Szkocji!

Wtorek: Opuszczam nasz hotellas (tak nasze mieszkanie nazywala piecioletnia corka znajomych ;-) Jade do pracy z kolezanka, ktora pol godziny wczesniej podpisalala rozwod. Jako, ze przeprowadzka i rozwod stanowia najbardziej stresujace sytuacje w zyciu, mysle, ze stanowilysmy spore zagrozenie na drodze ;-)

A poza tym zwiedzilam Masdar City (w koncu przeprowadzili nasz uniwerek). Moim przewodnikiem byla Noor - studentka, z ktora pracowalam przez ostatnie 9 m-cy.

Budynek akademikow

Wind tower - wieza wiatrowa? Hyh, nie wiem jak to nazwac fachowo po polsku...

Na wprost, budynek stalowki i biura, po prawej stronie, biblioteka.

Noor, w swoim pokoju - w akademiku.

Biblioteka.

... a za oknem pustynia ;-)

Georgeta, profesor, z ktora wspolpracowalam i ja.

I przejechalam sie metrem w Dubaju ( nigdy nie mow nigdy) – “check”.

Sroda: mam bilety! Na razie z Madrytu do Wawy. Bede w PL 24.10 J

A jutro? Wakacje!!!! Waka-waka Land! Tudziez Poludniowa Afryka. Wracam za 3 tygodnie :-)

 

19:08, amarantowomi
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010

W ramach wspomnien kilka fotek z Beirutu, do ktorego wybralismy sie na moje urodziny:

 

 

 

 

I kilka fotek z Byblos:

18:17, amarantowomi
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 września 2010

Jesli ktos mysli, ze lodowisko i stok narciarski sa szczytem szalenstwa w Dubaju, to zapewniam Was, ze dla mnie najbardziej szalonym pomyslem jest bikram yoga - 20:00, 40C na dworze, a my cwiczymy w podgrzewanej sali :-) Pot leje sie z kazdego strumieniami - doslownie, moglam "wyrzymac" wlosy. Po pierwszych pieciu minutach prawie zemdlalam, a przede mna bylo jeszcze 85 minut! Za drugim razem bylo w porzadku. Pod koniec zajec czulam sie bardzo zrelaksowana, rozciagnieta i dumna, ze przetrwalam ;-)

19:10, amarantowomi
Link Dodaj komentarz »

Jeszcze tylko miesiac, i na dobre opuscimy UAE. Ale jako, ze dzieje sie duzo, postanowilam sie reaktywowac. Dokad teraz nas poniesie? Tez chcialabym wiedziec, bo za tydzien opuszczmy nasz hotellas i wysylamy manele do: (a) Glasgow lub (b) miejscowosci w Chinac, ktorej nie potrafie wymowic. Ale moze to byc tez Kuwejt (wlasnie dostalam maila z pytaniem, czy nie bylabym zainteresowana praca w Kuwejcie... ;-) Sporo stresu, ale mam nadzieje, ze w najblizszych dniach troche pytan sie rozwiaze. Staramy sie jednak, by stres totalnie nas nie opanowal, a koniec Ramadanu - pieciodniowe swieto, dla tych, ktorzy pracuja w lokalnej "budzetowce" (czyli dla mnie hehe) i trzydniowe dla tych, ktorzy mecza sie w sektorze prywatnym (hehe) - bardzo nam w tym pomogl.

A oto i kilka fotek upamietniajacych, jak spedzalismy koniec Ramadanu w 2010 (w 2009 koniec Ramadanu przylapal nas w Turcji i  tez bylo smiesznie, jako ze niespodziewanie w calej okolicy, a bylismy w szczerym polu, tudziez w gorach (w ktorych sie wspinalismy), zycie zamarlo. Musielismy zapomniec o zabukowanym aucie i wycieczce do Antalyi, ze o Olympusie nie wspomne. Nie to bylo jednak moim glownym problemem - w duzym skrocie powiem, ze pol obozu bylo zaangazowne zakup... tamponow dla mnie. Ostatecznie, towar ten zostal mi dostarczony przez dwoch austriackich chlopakow, ktorzy wybrali sie "do miasta" na stopa, a o mojej potrzebie dowiedzieli sie od jednej z dziewczyn z obozu. Taaak... trauma. Ale wracajac do Wadi Bih...

Marcin climbing!

by Gordon

by Gordon

by Gordon

I ma cala rzesze obserwatorow:

by Gordon/Lisa

by Gordon/Lisa

 Me climbing!

 Ale jest i czas na odpoczynek, a "truck" Hameda okazal sie najlepszym punktem obserwcyjno - wypoczynkowym ;-) O yeah, Snake Farm... 

A, ze truck jest duzy, to skorzystalismy z okazji na powiekszenie parkingu...

A oto i nasze obozowisko. Tym razem spalismy na crash padach, a nie w namiocie i z mojego legowiska moglam obserwowac gwiazdy i wschod slonca :-)

by Gordon

by Gordon

Rozlozylismy sie tuz obok... cmentarza

19:02, amarantowomi
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 kwietnia 2010

Wybralismy sie do kina na City of Life. Jest to historia trzech osob zyjacych w Dubaju: dziewczyny z Rumunii - bylej baletnicy, ktora pracuje jako stewardessa w UAE, taksowkarza z Indii, ktory marzy o karierze w Bollywood i mlodego Emiratczyka, ktory dobrze, choc ostatecznie tragicznie, bawi sie za pieniadze taty. Jak mozna sie domyslic, w pewnym momencie, sciezki tychze osob przetna sie. Nie jest to zapewne kino na miare klasyki kina, ale ciekawie oglada sie film o miescie, w ktorym sie zyje. Ciekawie jest tez zajrzec do zycia i ludzi, ktorzy potencjalnie moga zyc obok nas. Przedstawione kategorie bohaterow swietnie oddaja klimat Dubaju i pokazuja, jak rozni ludzie tu zyja, i z jak roznych sa swiatow. Jest to tez film dosc odwazny, biorac pod uwage, jak krytycznie przedstawia styl zycia emirackiej mlodziezy.

18:49, amarantowomi
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11